[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był toprzypominający sierp księżyca kosmyk płowych włosów.Wsunąłem dokoperty palec i wyciągnąłem go.W dotyku był szorstki i stary, jakbywyrwano go z głowy porcelanowej lalki z czasów wiktoriańskich.Przez następne kilka dni, kiedy tylko miałem wolną chwilę, szuka-łem w palazzo egzemplarza Stowarzyszenia dyskusyjnego.Przegląda-łem półki, wyciągałem książki ukryte w drugim, trzecim rzędzie, alebez rezultatu.Można by pomyśleć, że mój pracodawca zrobił wszystko,żeby zatrzeć wszelkie ślady własnego sukcesu.Nie wolno było mi pytać go o twórczość literacką, ale potrzebowa-łem choćby podstawowych informacji, żeby jak najlepiej odpowiedziećna te dwa listy, jak najskuteczniej go chronić.Gdybym natrafił na kilkamocnych faktów, które pomogłyby mi wypełnić białe plamy w jego59 życiorysie, postępowałbym z większą pewnością siebie, wiedząc, corobić i mówić.Aatwiej i skuteczniej mógłbym mu pomagać.Okazja pojawiła się pewnego dnia, kiedy uświadomiłem sobie, żekończy się nam kawa.Tuż po rozpoczęciu pracy dokonałem ogrom-nych zakupów, zaopatrując - zgodnie z instrukcjami Crace'a - kredensw kuchni w nadmierne ilości jedzenia.Crace nie znosił, gdy zostawia-łem go samego choćby na bardzo krótko - ledwie akceptował mojekilkuminutowe wypady każdego ranka do sklepu za rogiem po świeżedrożdżówki.Mimo wszystko jednak nawet największe zapasy kiedyśsię kończą.Musiałem zaryzykować wyjście, żeby je uzupełnić.Wie-działem też, że postąpię głupio, jeśli nie będzie mnie na śniadaniu zCrace'em, dlatego zaparzyłem mu kawę z tych kilku ziaren, które zosta-ły, samemu zadowalając się neską.A potem przystąpiłem do rytuałuzrobienia śniadania.Napełniłem wodą maszynkę do espresso, wsypałem resztki kawy,zakręciłem pokrywę i postawiłem na gazie.Płomyczki lizały dno ma-szynki, od czasu do czasu słychać było skwierczenie, kiedy dotykałygrudek sosu pomidorowego przylepionych po wczorajszej kolacji dopłyty kuchni.Przykręciłem gaz, złapałem swój komplet kluczy, prze-biegłem przez portego do schodów i znalazłem się na dziedzińcu.Prze-szedłem przez mostek, który prowadził do zewnętrznego świata, i dalej,gmatwaniną alejek do pasticcerii za rogiem.Byłem pewny, że Cracedokładnie wiedział, ile czasu powinno mi to zająć, bo za każdym ra-zem, kiedy wracałem z drożdżówkami, zajmował miejsce przy stole,gotów do śniadania, w momencie gdy maszynka do espresso zaczynałasyczeć.- Buon giorno - powiedziałem, wchodząc do kuchni.- Och, dzień dobry, Adamie - odparł Crace.- Pomyślałem, że moglibyśmy dzisiaj spróbować czegoś innegozamiast drożdżówek - mówiłem.- W pasticcerii mają wyjątkowo dobrebiszkopty, baicoli.Niech pan spojrzy.60 Wysypałem biszkopty - zawdzięczające nazwę maleńkiej rybce ży-jącej w lagunie, którą miały przypominać kształtem - na talerz i dumnyz siebie zaprezentowałem Crace'owi.- Wyglądają całkiem apetycznie, to prawda - przyznał.- Aakomykąsek.Nalałem mu kawy do filiżanki, a sobie zrobiłem kolejną neskę.- Co się z tobą dzieje? Odgrywasz przede mną robola, czy jak?Roześmiałem się, patrząc na moją filiżankę.- Nie, kawa po prostu nam się skończyła.W pasticcerii nie majągatunku, który pan lubi.Szczerze mówiąc, kończy nam się prawiewszystko.Mam zamiar zrobić kolejne duże zakupy.- Jakim cudem to możliwe? - zapytał Crace.- Wydawało mi się,że kredens nadal jest pełny zapasów.Na pewno nic nam nie potrzeba.Przedstawiłem mu listę rzeczy, których zaczęło brakować, dodającprzy tym, że obaj fatalnie znieślibyśmy sytuację, gdyby nagle pewnegopopołudnia skończył się nam jeden z podstawowych artykułów, boprzecież wtedy wszystkie okoliczne sklepy są zamknięte.Czy naprawdęchciał, żebym zniknął na całe godziny w poszukiwaniu jakiegoś sklepu,nie wiedząc, kiedy dokładnie wrócę? Z całą pewnością będzie przecieżlepiej, jeśli dzisiaj kupię to, co trzeba.- Ale obiecujesz, że nie potrwa to za długo? - prosił.- Postaram się wrócić jak najszybciej.- Nie, nie takiej odpowiedzi oczekiwałem - rzucił urażonym to-nem.- Musisz mi powiedzieć, kiedy dokładnie wrócisz.Nic nie rozu-miesz.Ja muszę to wiedzieć.Muszę wiedzieć, kiedy wrócisz.Spojrzałem na zegarek.Była godzina dziewiąta.Zakupy zajmowałymi zwykle około godziny, ale tego dnia planowałem dodanie jeszczeczegoś do mojej wyprawy.- Trzy godziny? - zaproponowałem.Crace wyglądał na zgorszonego, jakbym co najmniej go obraził.- Nie, to stanowczo za długo.Półtorej godziny.61 Poczułem się niemal jak na licytacji, w której mogłem wziąć udział.- Proponuję kompromis - dwie godziny.Crace milczał przez chwilę, zanim pokiwał głową na znak zgody.- No cóż, ale ani minuty dłużej.Po śniadaniu powlókł się do gabinetu i wrócił z garścią banknotów.Fakt, choć precyzyjnie odmierzał czas, był więcej niż hojny w spra-wach pieniędzy.Zastanawiało mnie, gdzie je trzymał, bo musiała to byćcałkiem spora fortuna.- Masz tu trzysta euro - powiedział.- Jeśli będziesz miał za dużodo niesienia, wez w drodze powrotnej wodną taksówkę.Czego niewydasz, możesz zatrzymać dla siebie.- Dziękuję - odparłem, biorąc gotówkę.Przez krótką chwilę czu-łem na skórze dłoni jego palce.- Więc masz być tu z powrotem o jedenastej.- Crace zamknąłdrzwi, a ja przeszedłem przez mostek.Kiedy zniknąłem mu z oczu, przyśpieszyłem kroku i z plecaka wy-jąłem przewodnik.Otworzyłem go na niebieskich stronach na końcu.Najważniejsze informacje.Indeks A-Z.Banki i wymiana pieniędzy.Bezpieczeństwo.Biznes.Gastronomia.Handel.Internet i e-mail [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • igraszki.htw.pl